W swoich własnych słowach, zaczerpniętych z autobiografii, Charles Finney opisał moment, w którym Duch Święty zstąpił na niego w 1821 roku:
„Kiedy się odwróciłem i miałem właśnie usiąść przy kominku, otrzymałem potężny chrzest w Duchu Świętym. Bez żadnego oczekiwania, bez choćby jednej myśli, że coś takiego mogłoby mnie spotkać, bez żadnego wspomnienia, bym kiedykolwiek słyszał o czymś takim od kogokolwiek na świecie – Duch Święty zstąpił na mnie w taki sposób, że zdawało się, jakby przenikał mnie całego, ciało i duszę. Czułem to jak uderzenie, niczym fala elektryczności, przechodzącą przeze mnie raz za razem. Naprawdę – to przychodziło jak fale i fale płynnej miłości; nie potrafię tego inaczej wyrazić. To było jak sam oddech Boga. Wyraźnie pamiętam, że czułem, jakby coś mnie owiewało – jak olbrzymie skrzydła. Żadne słowa nie oddadzą tej cudownej miłości, która została rozlana w moim sercu. Płakałem głośno z radości i miłości. Dosłownie ryczałem – niewyrażalne strumienie wylewały z mojego serca. Fale te przechodziły przeze mnie jedna za drugą, aż w końcu zawołałem: ‘Umrę, jeśli to będzie trwało dalej.’ Powiedziałem: Panie, nie zniosę więcej. A jednak nie czułem strachu przed śmiercią.”
Od tego momentu Finney nigdy już nie był taki sam. Wrócił do swojego biura prawniczego, ale Duch Boży w nim nie mógł być powstrzymany. Gdy rozmawiał ze swoimi współpracownikami, przychodziło przekonanie o grzechu – niektórzy wybuchali płaczem. Gdy przechodził przez lokalną fabrykę, dziesiątki robotników upadały pod mocą Bożą, choć nie wypowiedział ani słowa. Atmosfera nieba szła za nim wszędzie. Przebudzenie już się rozpoczęło – nie od kazania, ale od człowieka, który spotkał Boga.
To, co nastąpiło później, stało się jedną z najbardziej wpływowych służb przebudzeniowych w historii Ameryki.Spotkania Finneya zapoczątkowały Drugie Wielkie Przebudzenie, które rozprzestrzeniało się jak pożar po miasteczkach i miastach. Całe społeczności były przemieniane. Zamykały się saloony. Przestępczość spadała. Kościoły pękały w szwach. Obecność Boża była tak namacalna, że ludzie drżeli na swoich miejscach jeszcze zanim rozpoczęło się kazanie. Finney niósł ze sobą więcej niż teologię – niósł święty ogień.
Do końca swojego życia zachęcał wierzących, by szukali tego samego chrztu mocą z wysokości. Głosił, że skuteczna służba nie wypływa z ludzkiego wysiłku, ale z nadprzyrodzonego napełnienia. Życie samego Finneya było tego dowodem. Jedno osobiste spotkanie z Duchem Świętym zmieniło wszystko. Rozpaliło płomień, który rozprzestrzeniał się po amerykańskim pograniczu i pomógł ukształtować duchowe przeznaczenie narodu.

Dodaj komentarz