Misjonarz, którego życie zostało ocalone dzięki mówieniu językami
W 1920 roku młody misjonarz zielonoświątkowy Henry B. Garlock przybył do Liberii w Afryce Zachodniej. Niósł w sercu pragnienie głoszenia Ewangelii wśród ludzi, którzy nigdy wcześniej nie słyszeli przesłania o Jezusie Chrystusie. Odpowiedział na Boże powołanie, opuścił Amerykę i udał się do regionu, w którym praca misyjna wymagała niezwykłej odwagi. Choroby tropikalne, niebezpieczne podróże, odosobnienie i konflikty między wioskami stanowiły część codziennego życia. Garlock wierzył jednak, że ten sam Duch Święty, który napełnił apostołów mocą w dniu Pięćdziesiątnicy, nadal działa przez swoich sług, a nadprzyrodzone dary Ducha są równie rzeczywiste jak w czasach opisanych w Dziejach Apostolskich.
Jego żona Ruth dołączyła do niego w 1921 roku i razem służyli wśród ludu Pahn w Liberii. Ich placówka misyjna znajdowała się daleko od wygód rodzinnego domu, a zdobycie nawet podstawowych zapasów wymagało trudnych wypraw przez gęstą roślinność tropikalną. Mimo to nie przestawali głosić Ewangelii, nauczać Pisma Świętego i budować relacji z ludźmi, którym chcieli służyć. Przebyli tysiące kilometrów, aby odpowiedzieć na Boże powołanie, nie przypuszczając, że dramatyczne spotkanie w odległej wiosce stanie się jednym z najbardziej niezwykłych świadectw mówienia językami w nowożytnej historii misji.
W 1922 roku zarówno Henry, jak i Ruth zachorowali na malarię. Stan Ruth stał się szczególnie poważny. Przez siedemnaście dni leżała półprzytomna, zmagając się z chorobą. Ich zapasy żywności i lekarstw niebezpiecznie się kurczyły, a ulewne deszcze zalały okoliczne tereny i bardzo utrudniły podróżowanie. Nie mając większego wyboru, Garlock wysłał kilku afrykańskich tragarzy po pilnie potrzebne zaopatrzenie, lecz mężczyźni nie wrócili w oczekiwanym czasie.
W końcu do placówki misyjnej dotarła wiadomość, że jeden z tragarzy, mężczyzna o imieniu Kuso, został schwytany w wiosce, w której napięcia między rywalizującymi grupami przerodziły się w przemoc. Kuso był przetrzymywany jako więzień, a jego życie znajdowało się w niebezpieczeństwie. Garlock stanął przed niezwykle trudną decyzją.
Jego żona była ciężko chora, placówka misyjna pozostawała odizolowana, a okoliczne tereny były niebezpieczne. Jednak jeden z ludzi powierzonych jego opiece znajdował się w obliczu śmierci. Po zorganizowaniu opieki nad Ruth przez dwie chrześcijanki Garlock zebrał kilku mężczyzn i wyruszył, by uratować Kuso.
Droga prowadziła przez gęstą tropikalną roślinność, aż do obszaru, na którym Garlock nie był mile widziany. Kiedy dotarli do wioski, zobaczyli, że otacza ją palisada, a wejścia pilnują uzbrojeni strażnicy. Wewnątrz panowała napięta atmosfera. Mieszkańcy byli już rozgniewani konfliktem, który doprowadził do uwięzienia Kuso. Garlock w końcu odnalazł go w chacie. Kuso był związany i pobity. Misjonarz, zdecydowany go nie porzucać, przeciął więzy krępujące mężczyznę i pomógł mu wstać.
Uwolnienie Kuso było jednak dopiero początkiem problemów. Gdy Garlock próbował odejść z rannym mężczyzną, otoczyli ich mieszkańcy wioski. Rozległy się gniewne okrzyki, a uzbrojeni ludzie zagrodzili im drogę. Towarzysze misjonarza nie byli w stanie mu pomóc. Wkrótce Garlock znalazł się w otoczeniu wrogiego tłumu i stanął wobec perspektywy, że ani on, ani Kuso nie opuszczą wioski żywi.
Mieszkańcy zaprowadzili Garlocka przed swoich przywódców, aby osądzili jego i więźnia. Na placu zgromadzeń znajdowała się stara czaszka słonia. Polecono Garlockowi usiąść na niej, podczas gdy zgromadzeni mężczyźni zastanawiali się, co zrobić z więźniami. Obradom przewodniczył czarownik, trzymający ceremonialną różdżkę symbolizującą jego władzę. Tłum nadal krzyczał, gdy przedstawiano oskarżenia. Garlock rozumiał wystarczająco dużo, by zdać sobie sprawę, że sytuacja jest rozpaczliwa.
Według relacji Garlocka mieszkańcy zamierzali zabić jego i Kuso, a następnie zjeść ich ciała. Czarownik w końcu podszedł do misjonarza i położył przed nim ceremonialną różdżkę, dając mu możliwość przemówienia we własnej obronie, zanim wyrok zostanie wykonany. Przesłanie było jednoznaczne: zanim ich zabiją i zjedzą, wysłuchają tego, co Garlock ma do powiedzenia.
Garlock znalazł się w pułapce. Nie miał broni, żadnej ludzkiej ochrony ani możliwości ucieczki przed uzbrojonym tłumem. Co gorsza, nie znał miejscowego języka na tyle dobrze, by wyjaśnić sytuację i przekonać mieszkańców do uwolnienia ich. Siedząc na czaszce słonia, zawołał w sercu do Boga.
Wtedy z niezwykłą mocą przypomniały mu się słowa Jezusa z Ewangelii Marka 13:11:
„A gdy was poprowadzą, wydając was, nie martwcie się wcześniej, co będziecie mówić, i nie obmyślajcie tego. Ale mówcie to, co będzie wam dane w tej godzinie. Nie wy bowiem będziecie mówić, lecz Duch Święty”.
Gdy Garlock przypomniał sobie tę obietnicę, Duch Święty zaczął na niego potężnie oddziaływać. Jego ciało zaczęło drżeć, co nie uszło uwagi mieszkańców wioski. Widząc, jak misjonarz trzęsie się, siedząc przed nimi, uznali, że ogarnął go strach przed śmiercią. W ich oczach drżenie było dowodem, że więzień jest przerażony i bezradny.
Garlock jednak nie drżał ze strachu. Drżał pod wpływem potężnej mocy Ducha Świętego. Ludzie, którzy sądzili, że patrzą na przerażonego więźnia, nie mieli pojęcia, że Bóg przygotowuje się, by przemówić przez niego.
Pod wpływem Bożej mocy Garlock wyciągnął rękę, podniósł ceremonialną różdżkę i zaczął mówić. Jednak słowa, które wychodziły z jego ust, nie były angielskie. Mówił językami — wypowiadał słowa w języku, którego nigdy się nie uczył, a mimo to zgromadzeni ludzie rozumieli jego wypowiedź.
Duch Święty dał mu możliwość przemawiania w języku znanym mieszkańcom wioski, lecz nieznanym samemu misjonarzowi. W chwili, gdy Garlock nie miał żadnych ludzkich środków, by ocalić swoje życie, Bóg dostarczył mu słów poprzez nadprzyrodzony dar języków.
Garlock później świadczył, że nie wiedział, co powiedział ani jak długo przemawiał. Nie wygłaszał starannie przygotowanej mowy obronnej ani nie powtarzał wyuczonych zwrotów. Oddał swój głos Duchowi Świętemu, a Duch przemawiał przez niego słowami, które miały znaczenie dla ludzi skazujących go na śmierć. To, czego Garlock nie potrafił osiągnąć własnym rozumem, Duch Święty dokonał przez nadprzyrodzoną wypowiedź.
Gdy nadal mówił językami, wśród mieszkańców zaczęło dziać się coś niezwykłego. Krzyki ucichły, rozgniewany tłum zamilkł, a mężczyźni, którzy jeszcze przed chwilą grozili mu śmiercią, zaczęli słuchać. Atmosfera całego zgromadzenia uległa zmianie, gdy misjonarz przemawiał pod natchnieniem Ducha Świętego.
Kiedy w końcu przestał mówić, przywódcy wioski byli wyraźnie poruszeni. Człowiek, którego zamierzali stracić, przemówił do nich w ich własnym języku, choć nigdy się go nie uczył. Jego słowa napełniły ich strachem.
Czarownik, który wcześniej sprawował władzę nad zgromadzeniem, nie wydawał się już skłonny do wykonania wyroku. Przywódcy zaczęli obawiać się Garlocka i mocy jego Boga. Cokolwiek usłyszeli, gdy mówił językami, przekonało ich, że mają do czynienia z mocą większą niż ta, którą sami posiadali.
Misjonarz, który chwilę wcześniej drżał przed nimi, nie był już postrzegany jako bezradny więzień. Ludzie, którzy grozili mu śmiercią, teraz obawiali się tego, co mogłoby ich spotkać.
Czarownik przyniósł następnie białego koguta. Podczas ceremonii, która miała zastąpić krew więźniów krwią ptaka, zabito koguta, a jego krwią skropiono Garlocka, Kuso, wodza i czarownika. Ceremonia oznaczała, że więźniowie nie zostaną już zabici. Zgromadzenie, które rozpoczęło się od wydania wyroku na misjonarza, stało się niezwykłym świadectwem mocy Ducha Świętego.
Ci sami ludzie, którzy wcześniej grozili Garlockowi śmiercią, zaczęli go błagać:
„Prosimy, nie czyń nam krzywdy!”.
Przywódcy wioski byli przekonani, że misjonarz służy Bogu, którego moc przewyższa wszystko, czym oni dysponowali. Mówili o świetle i mocy związanych z jego Bogiem oraz pytali, co mogą zrobić, by naprawić wyrządzoną krzywdę.
Garlock przybył do wioski jako bezradny więzień, któremu groziła śmierć z rąk rozgniewanego tłumu. Teraz ci sami ludzie, którzy go osądzili, prosili go o miłosierdzie.
Misjonarz powiedział, że mogą zacząć od nakarmienia jego towarzyszy i pomocy w przetransportowaniu rannego Kuso z powrotem do placówki misyjnej. Przywódcy się zgodzili. Dostarczono żywność i zorganizowano transport dla Kuso. Około północy Garlock i jego towarzysze otrzymali pozwolenie na opuszczenie wioski. Misjonarz, któremu zaledwie kilka godzin wcześniej groziła egzekucja, wyszedł stamtąd żywy. Człowiek, którego ratował, wracał razem z nim.
Kuso przeżył odniesione obrażenia i ostatecznie wyzdrowiał. Jego uratowanie stało się świadectwem wśród ludzi, którzy wiedzieli, co się wydarzyło. Garlock kontynuował swoją pracę misyjną, głosząc Ewangelię i nauczając Pisma Świętego w całym regionie.
Wydarzenia tamtej nocy pozostały jednym z najważniejszych doświadczeń jego życia. Utwierdziły go w przekonaniu, że obietnica Jezusa dotycząca Ducha Świętego była równie potężna w XX wieku, jak wtedy, gdy Chrystus po raz pierwszy wypowiedział te słowa do swoich uczniów.
Historia nie zakończyła się jednak na ucieczce Garlocka i Kuso przed śmiercią. W kolejnych latach, w miarę rozprzestrzeniania się Ewangelii wśród ludu Pahn, wielu ludzi zwróciło się do Jezusa Chrystusa. Osoby, które wcześniej praktykowały tradycyjne formy religijności, przyjmowały chrześcijaństwo, a wspólnoty zielonoświątkowe zaczęły zakorzeniać się w całym regionie.
Przesłanie o zbawieniu, chrzcie w Duchu Świętym i nadprzyrodzonej mocy Boga rozprzestrzeniało się dalej, gdy sami afrykańscy wierzący stawali się kaznodziejami, pastorami i świadkami wśród własnego ludu.
Garlock opisywał później kościoły wypełnione wierzącymi ochrzczonymi w Duchu Świętym, prowadzonymi przez afrykańskich pastorów. Ta sama Ewangelia, która sprowadziła go do Liberii, była teraz głoszona dalej przez ludzi, do których dotarł.
Relacje z pracy misyjnej podawały również, że wraz z rozprzestrzenianiem się chrześcijaństwa wśród społeczności Pahn stopniowo porzucano kanibalizm. To, co zaczęło się od dramatycznej próby ratunku i niezwykłego przejawu mówienia językami, stało się częścią znacznie większej historii przebudzenia, nawróceń i rozwoju chrześcijaństwa zielonoświątkowego w tym regionie.
Około dwudziestu pięciu lat po tamtym wydarzeniu Garlock powrócił w te okolice i ponownie spotkał Kuso. Młody tragarz, dla którego misjonarz zaryzykował własne życie, był już dorosłym mężczyzną. Kuso rozpoznał misjonarza i po wielu latach ponownie się spotkali.
Dla Garlocka było to niezwykłe przypomnienie nocy, w której — jak wierzył — Duch Święty wkroczył w sytuację i ocalił życie ich obu.
To, co zaczęło się od dramatycznej próby ratunku, stało się niezwykłym świadectwem mocy mówienia językami. Garlock wyszedł z wioski żywy, a w kolejnych latach wielu ludzi spośród ludu Pahn przyjęło Chrystusa, gdy w regionie rozwijały się wspólnoty chrześcijańskie.


Dodaj komentarz