Schengen à la carte.
Gdy granice istnieją tylko dla naiwnych Jeszcze niedawno słyszeliśmy, że Schengen to największy symbol europejskiej jedności. Granice miały być reliktem przeszłości, a każdy, kto mówił o ich ochronie, był przedstawiany jako wróg postępu. Dziś okazuje się, że gdy kryzys migracyjny puka do drzwi, nawet najwięksi entuzjaści otwartych granic zaczynają nerwowo szukać klucza do zamka. Hiszpania przez lata chwaliła się swoją polityką, przekonując Europę, że wszystko jest pod kontrolą. Aż nagle okazało się, że „pod kontrolą” oznacza tyle, co próba gaszenia pożaru wachlarzem. Kiedy liczba migrantów zaczęła rosnąć, solidarność europejska zderzyła się z rzeczywistością. I jak zwykle – rachunek mają zapłacić wszyscy. Dania mówi dziś głośno o rozważeniu nawet zawieszenia współpracy w ramach Schengen wobec Hiszpanii. Włochy od dawna alarmują, że nie da się utrzymać wspólnej przestrzeni bez wspólnej odpowiedzialności.
Coraz więcej państw zaczyna zadawać pytanie, które jeszcze kilka lat temu uchodziło za politycznie niepoprawne: czy kraj, który nie potrafi skutecznie chronić zewnętrznej granicy UE, nie naraża bezpieczeństwa pozostałych? Największą ironią jest jednak to, że przez lata osoby ostrzegające przed niekontrolowaną migracją wyśmiewano jako „straszące ludzi”. Dziś ci sami politycy odkrywają, że granice jednak mają znaczenie, a bezpieczeństwo obywateli nie jest przejawem populizmu, lecz podstawowym obowiązkiem państwa. Europa stworzyła system, w którym odpowiedzialność często przegrywa z polityczną poprawnością. Gdy wszystko działa – słyszymy o sukcesie integracji. Gdy system się sypie – winnych szuka się wszędzie, tylko nie w błędnych decyzjach podejmowanych przez lata.
Schengen miało być symbolem zaufania. Ale zaufanie nie polega na zamykaniu oczu na problemy. Jeśli jedno państwo nie radzi sobie z ochroną zewnętrznej granicy, konsekwencje odczuwają wszyscy. To właśnie dlatego coraz więcej europejskich stolic zaczyna mówić o rozwiązaniach, które jeszcze niedawno wydawały się politycznym tabu. Może więc największą satyrą nie jest sama propozycja wykluczenia Hiszpanii z Schengen. Największą satyrą jest to, że potrzeba było kolejnego kryzysu migracyjnego, aby część europejskich elit przypomniała sobie, po co w ogóle istnieją granice.
Pan Bóg ustanowił narody i granice pomiędzy nimi. Niestety kiedy nie bierze się pod uwagę Jego mądrości, lecz ustanawia własną zawsze prędzej czy później pojawiają się kłopoty.
„Nie służy Mu się też za pomocą rąk, jak gdyby czegoś potrzebował. Przeciwnie, to właśnie On daje wszystkim życie i tchnienie, i wszystko. Z jednego też wyprowadził każdy naród ludzki, by zamieszkiwał oblicze całej ziemi, a wszystkim tym narodom ustalił czas i granice zamieszkania.” (Dz.17:25-26)
A słynne stwierdzenie „Keine Grenzen” jest dzisiaj poddane jednoznacznej weryfikacji. Nastał czas na samodzielne myślenie. Nie wyobrażam sobie, co muszą przeżywać mieszkańcy przygranicznych miast kiedy fala za falą przetaczają się przez ich miejsca zamieszkania silni, młodzi, wygłodniali mężczyźni, którzy z najnowszymi telefonami w rękach, ubrani w markowe ciuchy chcą jakby nie było pracować w tak ważnych zawodach jak lekarz, inżynier, nauczyciel języków obcych a niestety pracy dla nich nie ma. Muszą zadowolić się małymi pieniądzmi z zasiłków. Z pewnością niedoceniani przez autochtonów są mocno rozgoryczeni.
Mój pomysł jest nader prosty – wysłać chłopaków z powrotem do domu gdzie wcześniej ciężko pracowali i dobrze zarabiali (na telefony, ubiór i podróżowanie trzeba mieć spore pieniądze). Niech dalej budują własne kraje, będąc jakby nie było jego elitą intelektualną czemu mają ubogacać nas Europejczyków zamiast swoje kraje. Chłopaki z takim bogatym doświadczeniem i wykształceniem z pewnością są potrzebni w rodzinnych miastach i wioskach.


Dodaj komentarz