Kiedy Bóg powołuje, odpowiada posłuszeństwo — nie logika.
I tak w 1892 roku, mając 26 lat, John wyruszył do Indii. Gdzieś na statku, w małej kajucie, podjął najważniejszą decyzję swojego życia, by nie szukać jedynie służby, ale pełni Ducha Świętego. „Panie, nie pozwól mi postawić stopy w Indiach bez Twojej obecności” — modlił się ze łzami.
Kiedy przybył, zastał zatwardziałą ziemię — bałwochwalstwo, obojętność, duszący upał i dodatkową barierę jego częściowej głuchoty. Jego pierwsze kazania wydawały się pozbawione mocy, a frustracja rosła, aż zawołał: „Panie, naucz mnie szukać Twojego oblicza, albo wrócę do domu. Bez Ciebie nic nie mogę uczynić.” Ten moment zmienił wszystko.
John zaczął spędzać długie noce na modlitwie wstawienniczej — czasem w ciszy, czasem jęcząc jak człowiek w bólu rodzenia. Jego kolana wyżłobiły ślady w podłodze. Ciężar dusz pochłonął go całkowicie.
Zaczął codziennie modlić się: „Panie, daj mi dziś jedną duszę.” Nawrócenia przyszły — ciche, ale prawdziwe. Potem prosił o jedno prawdziwe nawrócenie każdego dnia. Bóg odpowiadał. Modlił się o imiona, historie, rodziny. Jego twarz promieniała, choć ciało słabło.
Potem odważył się wierzyć o dwie dusze dziennie — potem o cztery. Niebo odpowiadało za każdym razem. Stał się znany jako człowiek, który nigdy nie śpi… później jako apostoł modlitwy.
Świadectwa się mnożyły. Ludzie płakali w pokucie jeszcze przed rozpoczęciem nabożeństw. Kaznodzieje odczuwali niezwykłą moc, gdy John modlił się w pobliskich pomieszczeniach. Następowały uzdrowienia, uwolnienia i przemienione rodziny.
Jego życie modlitwy miało wysoką cenę — posty, wyczerpanie, noce bez snu. Lekarz później odkrył, że jego serce przesunęło się z naturalnej pozycji, prawdopodobnie przez lata intensywnej modlitwy. „To najsilniejsze serce, jakie kiedykolwiek badałem” — powiedział lekarz.
Nawet słaby, John kontynuował. Gdy się modlił, atmosfera się zmieniała. Całe pomieszczenia uginały się pod ciężarem przekonania o grzechu. „Daj mi dusze albo zabierz moje życie” — wołał często.
Konferencje przebudzeniowe w Pendżabie (1904–1910) stały się miejscem głębokiej pokuty i duchowego ognia. Gdy inni głosili, John zmagał się w modlitwie — czasem przez 30 godzin bez przerwy. Ukryte grzechy były wyznawane, pastorzy odnawiani, całe zgromadzenia poruszone.
Pewnego roku modlił się o 1000 prawdziwych nawróceń. Udokumentowano ponad 1200 — każde z imieniem i świadectwem.
„Płomień tego przebudzenia nie rozpoczął się od elokwentnego kaznodziei” — napisał ktoś — „lecz od niewidocznego człowieka płaczącego na kolanach.”
Ale jego ciało słabło. W 1911 roku, na konferencji w Massachusetts, wygłosił swoje ostatnie kazanie przez łzy: „W Kościele jest wiele pracy, ale mało modlitwy, mało skruchy, mało głodu Boga.” Setki płakały.
Kilka dni później doznał niewydolności serca. Nawet w szpitalu modlił się za innych. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Jezu… dusze… więcej dusz. Niech On wzrasta, a ja się umniejszam.”
17 lutego 1912 roku, w wieku 46 lat, John Hyde wszedł do wieczności.
Jego ciało odeszło, ale jego płomień pozostał. Ponad sto lat później jego życie wciąż wzywa nas do ukrytego miejsca.
Przebudzenie nie zaczyna się na scenach, lecz w ukrytych pokojach — na ugiętych kolanach i skruszonych sercach.
Być może Bóg wzywa cię do takiego samego poddania — ponieważ wstawiennictwo jednej osoby może zmienić wieczne przeznaczenie wielu.
Kocham Indie i jestem tu właśnie, kiedy piszę. Dzieci, dorośli i starcy modlą się nieustannie. Nawet przed posiłkiem (miałem możliwość karmić setki dzieci) maluchy i młodzież klękają, błogosławiąc Boga i dziękując za jedzenie. Wielki apostoł John Hyde zostawił po sobie spuściznę, która jest bezcenna. Nie chodzi jedynie o kulturę europejską. Ci piękni ludzie znają wartość modlitwy. Dzieci uczą się w sierocińcach Biblii na pamięć. Nawet nie wiedzą, ile się uczę od tych wspaniałych dusz. Nie jest trudno głosić, gdyż głód Słowa jest niesamowity. Może też dlatego mogę widzieć wiele spektakularnych cudów.


Dodaj komentarz